poniedziałek, 9 października 2017

Las w szkle. Niezwykła wystawa "Forest forever"

#detalfest


Mieszkanie w wielkim mieście ma swoje zalety. Najważniejszą z nich jest chyba łatwość dostępu do szeroko rozumianej kultury i sztuki. Kiedy więc na facebooku przeczytałam, że Forest Forever ma wystawę w Łodzi w ramach Łódź Design Festival i Festiwalu Detalu Architektonicznego #detalfest i że będzie ją można zobaczyć tylko przez jedną godzinę, to podziękowałam opatrzności, że jestem na miejscu i że nie mam daleko. Niewiele myśląc, wsiadłam w tramwaj i pojechałam na spotkanie autorskie z Justyną Stoszek. I wiecie co? Długo nie zapomnę tego, co zobaczyłam. To było magiczne.

Las na zawsze, czyli lasy zamknięte w szkle

O samej idei sadzenia roślin w szklanych naczyniach pisałam już na blogu w marcu, w poście pt. "Magia ogrodu zamkniętego w szkle". Warto przeczytać, by dowiedzieć się m.in. tego, jak to jest możliwe, że rośliny zamknięte w słoju nie umierają. Dziś nie będę opisywać zjawisk zachodzących w zamkniętym naczyniu, skupię się natomiast na autorce wystawy, samej wystawie i jej przesłaniu. 

Forest Forever, Justyna Stoszek

Autorką tych niezwykłych żywych dzieł sztuki, które widzicie na moich zdjęciach, jest Justyna Stoszek. Malarka i graficzka, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jej przygoda z lasami posadzonymi w szklanych naczyniach rozpoczęła się od przypadku, jedenaście lat temu. Nie wiedziała, co podarować przyjacielowi w prezencie urodzinowym. Zależało jej, by było to coś wyjątkowego. I tak wpadła na pomysł posadzenia poziomki w szklanej menzurce. Przyjaciel prezentem był zachwycony, a pół roku później zadzwonił do niej i oznajmił, że poziomka nie tylko zakwitła, ale również wydała owoc. I tak artystka zaczęła eksperymentować. Przez lata, metodą prób i błędów, dochodziła do wiedzy, którą obecnie posiada. Sadziła swoje miniaturowe lasy i obserwowała je. Czasami się nie udawało. Bywa. Próbowała dalej. Pół roku, tyle potrzebuje świeżo posadzony las w szklanym naczyniu, by ustabilizowały się w nim procesy ekosystemu i by można było zamknąć naczynie na dobre. To bardzo powolny i wrażliwy proces. W tym mini świecie i mini ekosystemie zachodzą podobne zjawiska do tych, które obserwujemy z okien naszych domów. Kiedy przychodzi jesień, mini drzewkom opadają liście. Wiosną zaś ich drobniutkie gałązki pokrywają się pączkami. Oglądanie tego spektaklu u siebie, w zaciszu własnego domu - przyznacie - musi być fascynujące. Gdyby miała tylko odpowiednie miejsce... Szklany słój z lasem nie może być bowiem ustawiony w pobliżu źródeł ciepła ani w bezpośrednim nasłonecznieniu. Najbardziej odpowiadają mu pomieszczenia chłodne, od strony północnej.  

Forest Forever, Justyna Stoszek

Dobór gatunków roślin to jedna w wielu trudności, jakie artystka musiała w czasie swoich eksperymentów pokonać. Wielokrotnie na spotkaniu podkreślała, że rośliny, które sadzi w swoich szklanych naczyniach pochodzą z legalnego źródła. Wiele bowiem gatunków roślin wchodzących w skład runa leśnego np. mech w Polsce jest chronionych prawem i nie można ich sobie tak po prostu zabrać z lasu. Jej ulubioną rośliną, po którą często sięga przy sadzeniu lasu, jest szczawik zajęczy, którego listki do złudzenia przypominają koniczynę. Nie lada wyzwaniem okazało się również pozyskanie samych szklanych naczyń, którymi nie mogły być ze względów estetycznych, zwykłe słoiki. Justynie Stoszek udało się w tej kwestii porozumieć z jedną z hut, gdzie może z pomocą fachowej kadry, sama tworzyć szklane naczynia odpowiadające jej wizji artystycznej. I tak powstały pierwsze szklane kapsuły, jak je później nazwała. Niektóre z nich przypominają ogromne krople wody spływające po powalonych pniach drzew. Na wystawie właśnie tak były prezentowane - na kawałkach pniaków, przy zgaszonym świetle i z włączonymi niewielkim lampki Led w środku. Każdej z osób oglądającej wystawę, włącznie ze mną, w momencie zgaszenia światła, wyrwało się z ust westchnienie: ach, jakie to piękne. Małe mikrokosmosy, żywe organizmy zamknięte w pięknym, kruchym szkle.

Forest forever, Justyna Stoszek

Wspomniałam, że artystka swoje szklane naczynia nazwała kapsułami. Czas wyjaśnić, dlaczego tak, a nie inaczej. Zaryzykuje stwierdzenie, że każdy w Polsce słyszał o rabunkowej wycince drzew w Puszczy Białowieskiej. Na naszych oczach ginie ostatni pierwotny las nizinny w Europie. Las, który należy chronić za wszelką cenę, nie tylko dla dobra żyjących tam zwierząt, ale przede wszystkim dla przyszłych pokoleń. Tymczasem Puszcza, nasze wspólne dobro narodowe, przegrywa z chciwością i głupotą ludzką. Co powiemy naszym dzieciom i wnukom, kiedy te za kilkadziesiąt lat zapytają nas: mamo, tato, babciu, dziadku, co zrobiliście, by uratować Puszczę? Justyna Stoszek może odpowiedzieć, że w pewnym momencie jej życia, sadzenie lasów w szkle, przestało służyć tylko potrzebie tworzenia piękna. Że z chwilą, gdy zaczęły padać pod naporem wielkich maszyn pierwsze wiekowe drzewa w Puszczy, stworzyła "kapsuły ratunkowe, które [symbolicznie] zabiorą rośliny z ziemi, z miejsca dla nich wrogiego". I tak swoją twórczością stara się uzmysłowić ludziom, że sprawa wycinki w Puszczy, jak i każdego innego lasu, dotyczy każdego z nas. Im szybciej to zrozumiemy i zaczniemy przeciwdziałać, tym więcej udała się uratować z tego doskonałego ekosystemu. Bo las nie potrzebuje ludzi, by żyć i trwać. Świetnie sobie poradzi bez nas, czego przykładem są właśnie lasy zamknięte w szkle. Dwutlenek węgla, który wydychamy i który potrzebny jest roślinom do fotosyntezy, drzewa i rośliny mogą pozyskać z obumierających drzew, liści, korzeni. Natomiast my bez tlenu, który produkują drzewa, nie jesteśmy wstanie żyć. Czy tylko mnie ten rachunek wydaje się prosty?

forest forever, Justyna Stoszek

Justyna Stoszek podróżuje ze swoimi kapsułami i pokazuje je na wielu wystawach. Po raz pierwszy kapsuły zostały sfotografowane nie gdzie indzie jak właśnie w Puszczy Białowieskiej. Na powalonych drzewach. Zdjęcie z tej "sesji" możecie zobaczyć tutaj, na fanpage'u artystki, gdzie zostało ustawione jako tło. Kolejne miejsca, gdzie będzie można zobaczyć wystawę "BIOsferaOSOBISTA" artystki to: Wrocław (13.10.2017) i Poznań (27-29.10.2017). Lasy w szkle FOREST FOREVER można oczywiście też kupić. Wystarczy obserwować stronę na Facebooku. Co jakiś czas pojawiają się nowe egzemplarze. Każdy z nich ma swój numer i nazwę. 


A jaka jest sama Justyna? To piękna i filigranowa kobieta, bezpośrednia i przy tym bardzo subtelna. Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z kimś nietuzinkowym. Świadczył o tym zarówno bardzo oryginalny strój artystki (żałuję, nie dysponuję adekwatną fotką), jak i sposób opowiadania o swoich pasjach. Cieszę się, że mogłam ją poznać i zobaczyć na własne oczy żywe dzieła sztuki, które tworzy. Moje zdjęcia nie do końca oddają piękno kapsuł. Bardzo się starałam, ale w prawie kompletnych ciemnościach i bez statywu, z ciemnym obiektywem... Sami rozumiecie, łatwo nie było. Mimo to mam nadzieję, że podobnie jak ja, ulegliście urokowi tej wystawy. To, jak? Podzieliście się swoimi wrażeniami w komentarzach pod postem? Byłoby fajnie dowiedzieć się, czy się Wam podobało. Pozdrawiam.
___________________________
Więcej o Justynie Stoszek i Forest Forever znajdziecie na stronach internetowych: justynastoszek.eu i  forestforever.eu. 

wtorek, 19 września 2017

Mój blog ma rok!


Drodzy fani "Buszując w ogrodzie", są tu tacy, prawda? Dzisiaj świętuję! Stało się. Mojemu blogowi we wrześniu stuknął pierwszy roczek. Niewiarygodne! Czas to jednak ciekawe zjawisko. Z tej okazji wyjątkowo zapraszam Was na post nie o tematyce ogrodowej, a o samym blogu. Taki trochę wpis za kulis. Uchylę rąbka tajemnicy i opowiem Wam, jak rozpoczęłam swój romans z blogowaniem i co planuje w przyszłości. Zapraszam.


Te ostatnie 365 dni pod wieloma względami były wyjątkowe. Może dlatego, że wszystko było dla mnie nowością. Jedna wielka przygoda. Początki blogowania można porównać do ekstremalnej jazdy na rowerze bez trzymanki. Pełen rollercoaster! Czasami jednak przypominały mozolną wspinaczkę na szczyt stromej góry. Co nie zmienia faktu, że blogowanie przynosiło mi tylko radość, nigdy łzy. Owszem, zdarzały się momenty, że miałam czerwone oczy z niewyspania, bo pisałam do późna w nocy, a rano wiadomo... trzeba było wstać do pracy. Ciągły brak czasu to największe wyzwanie. Nie zniechęciły mnie jednak ani zarwane noce, ani bolący od długiego siedzenia kręgosłup. Ani razu przez ten rok nie żałowałam. Ani razu nie zwątpiłam w sens. Wręcz przeciwnie. Z każdym kolejnym napisanym postem utwierdzałam się w przekonaniu, że chce blogować dalej. Jeśli właśnie zastanawiacie się, czy nie rozpocząć przygody z własnym blogiem to uczciwie uprzedzam, prowadzenie bloga uzależnia!


Co najmniej dwa lata dojrzewała we mnie myśl o stworzeniu własnej strony internetowej lub bloga. Pęczniała i pęczniała ta myśl, aż w końcu, rok temu, przybrała już tak duże rozmiary, że nie dało się jej dużej ignorować. Nęciły mnie dwa tematy: ogrodnictwo i fotografia. Padło na tematykę ogrodniczą. Niesiona jakąś falą entuzjazmu i samozaparcia, przysiadłam do komputera i w tydzień powołałam do życia bloga. Najpierw jednak przeczytałam wiele porad typu: jak założyć bloga i nie zrezygnować od razu na stracie. Na szczęście w sieci wiele osób dzieli się swoją fachową wiedzą techniczną. Bez nich, przy mojej ówczesnej wiedzy, która była bliska zeru, nic bym nie zdziałała. Wybrałam szablon, blogową platformę, zakupiłam domenę i oto we wrześniu 2016 roku w sieci pojawiło się "Buszując w ogrodzie". Dobrze pamiętam tę ekscytację, kiedy w świat puściłam pierwszy wpis. Fajne uczucie...

Dlaczego "Buszując w ogrodzie"? Nazwa mojego bloga nawiązuję przede wszystkim do "Buszującego w zbożu" - powieści amerykańskiego pisarza J.D. Salingera, której główny bohater przez kilka dni "buszuje" w Nowym Jorku. "Buszuje" to słowo klucz. Będąc osobą, której trudno usiedzieć na miejscu, bardzo trafnie określa moją ciekawość świata. Inni zwiedzają, ja buszuję. 

Przez ten rok napisałam 46 postów. Nie wiem, czy to dużo, czy mało. Jak ze wszystkim w życiu stawiam na jakość, a nie na ilość. Poza tym nigdy nie robiłam planów. Założyłam tylko jedno. Blogowanie ma być dla mnie przyjemnością, a nie obowiązkiem, czy pracą do wykonania i kolejnym punktem do odhaczenia na liście. Nie lubię żyć wg listy zadań do wykonania. Choć rozumiem osoby, którym takie listy ułatwiają życie. We mnie na samą myśl o zrobieniu listy wszystko się buntuje. Ot, taki paradoks.

Moim ulubionym, przy tym najbardziej czasochłonnym postem jest ten o "Arkadii". Jego napisanie zajęło mi dwa tygodnie. Wiele godzin spędziłam przed komputerem w poszukiwaniu wiarygodnych źródeł, na które mogłam się powołać. Zależało mi, by pokazać ten niezwykły park przez pryzmat jego twórczyni - Heleny Radziwiłłowej, o której informacji w sieci jest jak na lekarstwo. Drugim ulubionym postem, z którego wręcz jestem dumna, jest ten o "Ogrodzie Fabrykanta". Ogród ten nie jest ogólnie dostępny i tym samy mój wpis jest jednym z nielicznych artykułów z tego miejsca, jakie znajdziecie w sieci.

Blogowanie to również statystyki. Moje informują mnie, że przez ten rok "Buszując w ogrodzie" miało ponad 13 tys. wyświetleń. I znów powtórzę: nie wiem, czy to dużo, czy mało. Wydaje mi się, że jak na blog o niszowej tematyce to całkiem sporo. Cieszę się z każdego wyświetlenia. Tak, jak rodzic, który obserwuje postępy swojego dziecka, trzyma za nie kciuki i pęka z dumy.


Szczerze mówiąc, nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Pierwsze, co mi się ciśnie na usta to odpowiedź: a czemu nie? By chwilę później dodać: bo mi się chce, bo mogę. Bo kocham rośliny i sztukę, jaką jest ogrodnictwo. Bo czuję potrzebę dzielenia się swoim "bzikiem" z innymi, podobnymi do mnie osobami. Bo blog pozwala mi tworzyć i tym samym wyrazić samą siebie i nieustannie się rozwijać. Bo ciągle uczę cię czegoś nowego. Bo dzięki blogowaniu poznałam wiele interesujących i sympatycznych osób. Poznałam Was moi drodzy czytelnicy. Czy to mało?


Dalej będzie tylko lepiej! Sama widzę postępy, jakie przez ten rok poczyniłam. Zupełnie jakbym dojrzewała razem ze swoim blogiem. Treści wydają mi się coraz lepsze. Blog z lekko chaotycznego zaczyna krzepnąć i nabierać kształtu docelowego. Zastanawiam się też nad przeniesieniem bloga z Bloggera na Wordpressa i zmianą szaty graficznej, wszystko po to by było ładniej, ciekawiej i w ogóle ach i och! Czas pokaże. Trzymajcie kciuki, za mnie i mój blog. Jeśli miałabym wyrazić jedno życzenie przy zdmuchiwaniu świeczki na torcie, to byłaby to prośba o więcej czasu, który mogłabym poświęcić na pisanie bloga. Jest jeszcze tyle tematów, które chciałabym tu poruszyć, o tylu rzeczach Wam opowiedzieć...

Tematów mi nie brakuje, trochę gorzej z czasem. Bo musicie wiedzieć, że swój wolny czas dzielę nie tylko pomiędzy prace w ogródku, prowadzenie bloga, ale również czynne działanie w Stowarzyszeniu Ziemia Obiecana Łódź. Obecnie całkowicie jestem pochłonięta przygotowaniami do pikniku, który organizujemy razem z fundacją "Happy Kids", i którego celem będzie uzbieranie, jak największej kwoty pieniędzy na leczenie w USA pewnego małego dzielnego chłopca. Dlatego też możliwe jest, że do końca września nie opublikuję już żadnego więcej wpisu na blogu. Za to na Facebooku będę starała się do Was odzywać w każdej wolnej chwili. Zatem do szybkiego zobaczenia!

PS. Życzenia i gratulacje z okazji pierwszych urodzin bloga są mile widziane. Nie krępujcie się. Przygarnę każdą ilość 😉.

sobota, 9 września 2017

Ogród w stylu angielskim. Gdy marzenia i sny stają się rzeczywistością

Sławny malarz impresjonista Claude Monet stwierdził kiedyś, że jego ogród jest najpiękniejszym arcydziełem, jakie stworzył. Aż trudno uwierzyć, że powiedział to człowiek, którego obrazy warte są dzisiaj zawrotne sumy pieniędzy. Stworzony przez Moneta (ogrodnika amatora) ogród w Giverny pod Paryżem do dziś zachwyca i przez wielu uważany jest za jeden z najpiękniejszych ogrodów na świecie. Dlaczego o tym wspominam? Nie, dziś nie pokaże Wam ogrodu Moneta, choć przyznaję, bardzo bym chciała. Może kiedyś, kto wie...

Dzisiaj zaproszę Was do ogrodu wiejskiego urządzonego w stylu angielskim. Stworzonego przez ogrodniczkę amatorkę i artystkę plastyka. Teraz zapewne już rozumiecie, dlaczego wspomniałam o Monecie? Skojarzenie nasuwa się samo. W jednym i drugim przypadku mamy do czynienia z ogrodnikiem amatorem, artystą i pięknym ogrodem. Nie będzie to jednak ogród położony w Anglii. O nie. W Polsce, jak sami się za chwilę się przekonacie, można stworzyć równie piękne ogrody. Połączenie pasji ogrodniczej i zdolności plastycznych przynosi niesamowite efekty. Poznajcie dzisiejszych bohaterów: Beatę Sołtysik i jej urokliwy ogród położony niedaleko Sosnowca.


POCZĄTKI

Ogród powstał zaledwie 5 lat temu, na wąskiej działce o powierzchni 2700 m 2. Jak wspomina właścicielka, rosło tu tylko parę drzew i królowały same chwasty. Pani Beata od samego początku wiedziała, że chce zaprojektować ogród samodzielnie i że będzie to ogród w stylu angielskim. Inspiracji szukała, zwiedzając brytyjskie ogrody i wystawy kwiatów m.in. Chelsea Flower Show, Hampton Court oraz z literatury i czasopism. A skąd ta miłość do ogrodnictwa? Gdy byłam dzieckiem - wspomina - rodzice posiadali ogródek działkowy, gdzie często spędzało się wolny czas w rodzinnym gronie, pieliło się grządki i zbierało owoce. Tam też siałam i plewiłam swoje pierwsze kwiatki. Wadą tej działki było to, że nie mogłam widzieć swoich roślin codziennie, ponieważ trzeba było tam dojeżdżać. Marzyłam sobie, że kiedyś będę miała duży ogród przydomowy za miastem.

Tak wyglądały początki ogrodu

Ogród podzielony jest na kilka stref, m.in. przedogródek, część przydomową, warzywnik. Znalazło się w nim wiele urokliwych zakątków takich jak lawendowy zagajnik, sucha rzeka z mostkiem, wrzosowisko czy różany salonik. Pani Beata wszelkie granice układów roślin, nawierzchni, trawnika starała się płynnie i malowniczo, poprowadzić po łukach, tak jak ma to miejsce w angielskich ogrodach, gdzie próżno szukać prostych linii, kątów i regularnych kształtów. 


PRZEDOGRÓDEK


Przedogródek jest wizytówką domu i ogrodu. Wita i żegna każdego, kto nas odwiedza. A wszyscy wiemy, jak ważne jest pierwsze wrażenie! Pani Beata tak opisuje swój ogródek przed domem: domowników i naszych gości od progu wita mieszana rabata, której tłem są przycięte krzewy bukszpanu, dereń i tuje. Średnie piętro rabaty to przede wszystkim hortensje pnące i bukietowe oraz róże malowniczo przewieszające się przez metalowy obelisk. Znalazły tu też swoje miejsce juki. W porze kwitnienia swym zapachem urzekają niższe rośliny, lawenda i piwonie.

OGRÓD PRZYDOMOWY


Część przydomową stanowi duży, soczystozielony trawnik ze stylizowanym zestawem wypoczynkowym z żeliwa. Trawnik otoczony jest krzewami, m.in. są to róże, hortensje bukietowe, derenie białe, pęcherznice, tawuły, hibiskusy oraz drzewa liściaste i iglaste. Zieleń krzewów przełamana jest bordowym kolorem berberysów i perukowców. Aby trawnik pięknie wyglądał pani Beata rozłożyła pod nim siatkę na krety, kosi go co 3 dni, nawozi i przeprowadza zabiegi aereacji, co najmniej dwa razy w sezonie.


WARZYWNIK


W warzywniku jest altana, miejsce na ognisko z rusztem, drewniana wędzarnia, szklarnia na pomidory oraz żwirowe ścieżki i podniesione rabaty, na których siane  warzywa o różnych odcieniach zieleni, i które zawsze pięknie wyglądają z kwitnącymi roślinami jednorocznymi takimi jak: nagietki, aksamitki, nasturcje czy słoneczniki. Są tu płotki wiklinowe, stare naczynia ocynkowane z kwiatami i domki dla owadów. Wśród kwiatów i dekoracji w warzywniku dominującymi kolorami są czerwień, żółty i pomarańczowy. W tym miejscu przyznam się Wam do czegoś. Zazdroszczę pani Beacie warzywnika. Sama taki bym chciała. 


OGRÓD ZA WARZYWNIKIEM


Za warzywnikiem ogród rozciąga się dalej. Pani Beata tak opisuje tę część ogrodu: przechodzi się tam kręta długą trawiastą ścieżką, obsadzoną lawendą, wrzosowiskiem, bylinami nasadzonymi kaskadowo w dość nieregularnych odstępach. Całość osłonięta jest wysokim żywopłotem z ałyczy, z nasadzeniami drzew, które kiedyś dadzą trochę cienia dla niższych roślin (świerki srebrne, klon drummondi, katalpa, tulipanowiec, platan, brzozy, paulownia, wierzby, wiąz i inne). Wśród kwiatów, które kwitną w kolorach białym, błękitnym, fioletowym i różowym można wyróżnić m.in.: róże i powojniki pnące się na pergolach i obeliskach, wisterie, irysy, floksy, ostróżki, naparstnice, piwonie, hortensje, jaśminowce, budleje Dawida, kosmosy, pysznogłówki. Alejka z bylinami kończy się zieloną polaną z niebieską ławką. Całość zamyka żywopłot z ałyczy, który choć trochę osłania ogród od wiatru. 

TEMATYCZNE ZAKĄTKI

Różany salonik

Tematyczne zakątki są drugim miejscem po warzywniku, które najbardziej urzekło mnie w tym ogrodzie. Wszystko tu zostało starannie przemyślane i wykonane. A liczne ozdoby i mała architektura to małe dzieła sztuki. Co najważniejsze, większość z nich została wykonana własnoręcznie przez właścicielkę. Pani Beata zdradziła mi, że tabliczki z opisami miejsc i roślin wykonała w zimowe wieczory, podobnie drewniane obeliski do róż oraz domki lęgowe i karmniki dla ptaków. Ostatnio nauczyła się nawet spawać i stara się samodzielnie wykonywać różne dekoracje z metalu.



W tej części ogrodu zostały urządzone: wrzosowisko, sucha rzeka z mostkiem, lawendowy zagajnik i różany salonik z piękną metalową altaną. Pani Beata postawiła tu nawet ściankę z cegły ręcznie wypalanej z kratkami na powojniki. Drewniane i metalowe ławki, donice, obeliski, poidełka dla ptaków, pergole... wszystko to razem tworzy niezwykły klimat, sprzyjający odpoczynkowi i pracy. Mąż pani Beaty odczuwalnie ją wspiera w pracach ogrodowych. Pani Beata planuje i wykonuje nasadzenia, a jej małżonek strzyże krzewy i nawozi rośliny.


A czym jest ogród dla jego właścicieli? Ogród daje ogromną satysfakcję, spokój dla duszy i ciała, uczy pokory i rytmu życia z przyrodą, cudownie uzależnia - odpowiada pani Beata. Stał się też tematem serii akwareli z kwiatami, które maluję. Co roku czekamy z mężem, aż ogród zbudzi się do życia, kiedy będzie słychać śpiew ptaków i zaczną latać motyle i pszczoły. Pielęgnację roślin traktuję jak pasję, choć to wielka praca i cały czas trzeba się dokształcać, ale dzięki temu nasz ogród cały czas się rozwija. Dalsze plany to pielęgnacja tego, co już mamy, nasadzenie większej ilości bylin, wykonanie kolejnych dekoracji z metalu i powiększenie ogrodu. 


"Ogrodnictwo to nauka, nauka, nauka. Na tym polega właśnie zabawa. 

Cały czas się uczysz."



Powyższe słowa wypowiedziała Helen Mirren. Stały się one swoistym mottem dla pani Beaty. I ja przyznaję, że prowadzenie ogrodu to nieustająca nauka, ale jaka przyjemna!

Ogród spowity mgłą wygląda niesamowicie

Ogród Pani Beaty otrzymał już kilka nagród i wyróżnień, m.in. w 2016 r. zdobył I miejsce za ogród przydomowy w Ogólnopolskim Konkursie na Ogrodnika Doskonałego, organizowanym przez czasopismo Mój Piękny Ogród. A w 2007 roku pani Beata zajęła III miejscem za projekt ogrodu w pierwszej polskiej edycji Konkursu Ziemia Planeta Kobiet, organizowanym przez Fundację Yves Rocher Instytutu Francuskiego w Paryżu. Tak myślę sobie, że to dopiero początek i już niedługo będziemy mogli zobaczyć ten niezwykły ogród w programie Mai Popielarskiej. Będę trzymać kciuki! Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować pani Beacie za to, że zgodziła się pokazać swój ogród i opowiedzieć o nim na moim blogu. Z mojej strony to była czysta przyjemność. Życzę pani Beacie i jej najbliższym wielu radości płynących z dalszego tworzenia ogrodu. Będę obserwować te poczynania i kto wie, może jeszcze kiedyś "ogród z marzeń i snów", jak go nazwałam, zagości ponownie na moim blogu. 

PS. Okazuje się, że Claude Monet to również ulubiony malarz pani Beaty. Przypadek? Nie sądzę 😊.

_______________________
tekst: Monika Zawiślak i Beata Sołtysik
fotografie: Beata Sołtysik

NOTKA BIOGRAFICZNA - Beata Sołtysik
Absolwentka Wydziału Artystycznego w Cieszynie Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, dyplom z malarstwa w pracowni prof. Lecha Kołodziejczyka. W 2009 roku ukończyła podyplomowe studia z zakresu oligofrenopedagogiki na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Zajmuje się fotografią, florystyką i rękodziełem artystycznym, tworzy w różnych technikach plastycznych (malarstwo akryl, olej, pastel sucha, akwarela i inne). Obecnie jako instruktor prowadzi warsztaty z rysunku i malarstwa dla dzieci i młodzieży oraz warsztaty z florystyki i rękodzieła artystycznego dla dorosłych w Miejskim Klubie im. J. Kiepury w Sosnowcu. Jest także autorką wielu scenografii florystycznych do koncertów, a także dekoracji sezonowych w restauracjach i sklepach. Liczne wystawy malarstwa i fotografii indywidualne i zbiorowe, a ostatnia od 7 do 27 września w Pałacu Schoena - Muzeum w Sosnowcu „Artyści dla Hospicjum”. Autorka obrazów w prywatnych kolekcjach w kraju i za granicą.